sobota, 27 czerwca 2026

Upał...

Upał to idealna wymówka, by nic nie robić i narzekać to jedyny plus jaki dostrzegam. 😄

A teraz czas na meldunek z frontu: na słońcu jest już tak gorąco, że ptaki zaczynają same spadać w wersji "gotowej do spożycia", zatem przy takich temperaturach jedynym wyjściem dla mnie jest przejście w tryb "uśpienia". Stopień mojego roztopienia powoli osiąga poziom płynnej lawy. Oczywiste, że wszelkie plany "podboju świata" odłożyłam na później – teraz zwyczajnie walczę o przetrwanie. Moje relacje z wiatrakiem są teraz głębsze i bardziej emocjonalne niż z jakimkolwiek człowiekiem. Co tu dużo mówić, wiatrak...stał się moim jedynym prawdziwym przyjacielem...a wachlarz ratującą w potrzebie koleżanką. Wychodzenie z domu przed 20:00 to sport ekstremalny...ale mam psinkę i niestety muszę z nią wyjść. Wychodząc z domu, zachowuję się niczym wampir – unikam słońca, chowam się w każdym skrawku cienia, a na widok otwartej przestrzeni syczę z przerażenia. Cóż, gdy w mieszkaniu duchota, na zewnątrz gorąc, żar tropików leje się z nieba, termometry szaleją a asfalt powoli zamienia się w płynną "czekoladę", w takiej chwili jedyne co mi pozostaje, to spojrzeć na te upały z przymrużeniem oka. Zatem mój podstawowy pakiet ratunkowy inaczej "zestaw pierwszej pomocy"... to uśmiech i hektolitry zimnej wody!

wtorek, 23 czerwca 2026

Polecam...

                                   znalezione na Pnterest
 

Nie licz, że "świat" zrobi coś za ciebie...

 


Czekanie aż świat stanie się łatwy jest gwarantowaną receptą na żałosne, nędzne życie...

Niestety to prawda, życiowe doświadczenie nauczyło mnie, że postawa bierności i czekania, aż okoliczności staną się idealne, sprzyjające, aż ktoś lub coś się zmieni zwyczajnie prowadzi donikąd. To najlepsza droga do utknięcia w martwym punkcie. Zamiast więc czekać na łatwiejsze warunki, lepiej budować własną odporności na przeciwności, lepiej brać odpowiedzialność za to, na co ma się realny wpływ, lepiej nawet małymi kroczkami ale iść do przodu. Bo kiedy weźmiesz sprawy w swoje ręce, nagle okazuje się, że masz znacznie większy wpływ na rzeczywistość, niż mogłoby się wydawać. A czekanie na idealne warunki lub "łatwe" rozwiązania to prosta droga do stagnacji czyli "utknięcia w martwym punkcie", w którym odczuwa się brak postępu, motywacji satysfakcji, bezradność, apatię, poczucie pustki, emocjonalne odrętwienie... Lekarstwo ? Wyjść z dotychczasowego schematu. Cóż, czy się to komuś podoba czy nie to prawda jest taka, że prawdziwy rozwój i satysfakcja przychodzą dopiero wtedy, gdy świadomie podejmuje się wyzwania i odważnie bierze sprawy w swoje ręce... zamiast liczyć na to, że świat zrobi to za nas...

niedziela, 21 czerwca 2026

Nasza percepcja rzeczywistości nie jest obiektywnym odbiciem świata...


 "Pewnego dnia trzej ślepi wędrowcy spotkali na swej drodze słonia. Co to może być takiego? — zapytali i wyciągnęli ręce, by poznać ową przeszkodę. Jeden dotknął nogi słonia. Ach, to wielki słup — zakrzyknął. Drugi dotknął trąby. — Nie masz racji — powiedział, to przecież wąż. Trzeci natrafił na ucho. — Obydwaj mylicie się, bo przecież to jest wachlarz! "
Nie wiem, czy długo spierali się o to, który z nich ma rację próżno dociekać...ale opowiastka ta uczy, że tak jak żaden z tych ślepców, nie mógł uchwycić swym pojmowaniem istoty całego słonia tak nikt z nas nie jest w stanie zauważyć i pojąć wszystkich zjawisk, rzeczy, zdarzeń nawet bliskich, a tym bardziej tych, do których wzrok już nie sięga. Chcę przez to powiedzieć, że taka wielość sposobów postrzegania, myślenia sprawia, że często trudno nam się wzajemnie zrozumieć i porozumieć. Bo każdy z nas widzi i interpretuje tę samą sytuację inaczej. Dlaczego ? Otóż, wynika to z posiadania  innego, unikalnego dla każdego człowieka zestawu filtrów poznawczych. Nasz mózg nie rejestruje świata jak kamera lecz na bieżąco go rekonstruuje, opierając się na naszych doświadczeniach, emocjach, stanach psychicznych, wyznawanych zasadach, normach, wzorcach kulturowych itd. Dodać należy, że najczęściej jesteśmy też wręcz przekonani o obiektywności naszego widzenia, a odmienne zdanie innych uważamy za błędne lub irracjonalne. Tymczasem jak to pięknie ujął filozof Guido Calogero - "Trzeba chcieć zrozumieć światy myślowe drugiego człowieka w taki sposób w jaki się pragnie, aby inni starali się nas zrozumieć." Podjęcie próby zrozumienia dlaczego ktoś myśli lub czuje w dany sposób, inny niż nasz jest dla nas wyzwaniem. Zwykle łatwiej przychodzi nam  natychmiastowa ocena czy krytyka. Zacytowana powyżej piękna i niezwykle głęboka myśl, przypomina nam o istocie pokory, empatii i zrozumienia w relacjach międzyludzkich. Wymaga ona od nas wyzbycia się własnego ego i spojrzenia na rzeczywistość oczami drugiego człowieka. Czyli traktowania go dokładnie tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Warto jednak pamiętać, że dążenie do zrozumienia drugiego człowieka wcale nie oznacza automatycznej zgody na wszystko lub rezygnacji z własnych granic. Tu chodzi raczej o zbudowanie pomostu i stworzenie bezpiecznej przestrzeni do dialogu. Zgadzając się na to, że każdy z nas nosi w sobie swoją własną unikalną "soczewkę" /wynikającą z doświadczeń, kultury czy wychowania/, zyskujemy bardzo konkretne korzyści. Np. rozumienie, że nasza prawda nie musi być / i często nie jest/ jedyną obiektywną rzeczywistością... świadomość tego powstrzymuje nas przed narzucaniem swojego zdania innym. Rozwijamy empatię a co za tym zamiast oceniać odmienne poglądy, staramy się je zrozumieć. Akceptacja inności otwiera przestrzeń do dialogu, w którym obie strony czują się wysłuchane i szanowane...przez co budujemy relacje a nie je niszczymy.

niedziela, 14 czerwca 2026

Czar pryska pojawia się rozczarowanie...


 Czyli z "urodzinowego balonu" nagle uchodzi powietrze, płyta zatrzymuje się z głośnym zgrzytem, a ty "spadasz z wysokości". Rozczarowanie to niemiła i bolesna konfrontacja z rzeczywistością. Czujesz się wtedy oszukana, zawiedziona, niespełniona, wystrychnięta na dudka, naiwna… Pod rozczarowaniem często ukrywa się złość, żal, gorycz, a nawet smutek. Ból, który w związku z tym odczuwasz wynika z zawiedzionej nadziei i konfrontacji z przykrą prawdą. Najtrudniejsze ROZCZAROWANIE nie przychodzi wtedy gdy ktoś odchodzi. Nie wtedy gdy ktoś milczy. Nie nawet wtedy gdy ktoś mówi coś bolesnego. Najtrudniejsze rozczarowanie przychodzi w chwili kiedy nagle rozumiesz, że ta osoba prawdopodobnie zawsze taka była, tylko ty nie chciałaś tego widzieć. I to boli najmocniej. Bo człowiek rzadko cierpi  tylko przez czyjeś zachowanie. Często cierpi przez obraz tej osoby, który sam sobie stworzył i który sam długo chronił w swojej głowie... obraz dobrego przyjaciela, obraz lojalnego partnera, obraz bliskiej osoby, która na pewno nie chciała źle. Obraz kogoś kto może rani, ale przecież ma "trudny charakter". Obraz kogoś kto zawodzi, ale pewnie ma teraz "ciężki czas". I tak człowiek tłumaczy sobie raz , drugi raz, dziesiąty raz. Nie dlatego , że jest głupi, ale dlatego, że PRAWDA BOLI, czasem bardziej niż samo rozczarowanie. Bo jeśli przyjmiesz prawdę, musisz przyznać, że przez długi czas widziałaś nie człowieka takim jaki jest, ale własną nadzieję przyklejoną do jego twarzy. Obraz który sama namalowałaś, obraz który był iluzją, twoim pobożnym życzeniem. Właśnie dlatego tak trudno pozwolić ludziom nas rozczarować, bo rozczarowanie nie niszczy tylko relacji ono niszczy nasze iluzje. A czasem człowiek bardziej kocha iluzję niż prawdziwą osobę. Często nie widzi drugiej osoby taką jaka ona jest. Widzi projekcję. Inaczej, widzi własne pragnienia, własny głód miłości, własną potrzebę bezpieczeństwa, własną nadzieję, że tym razem ktoś okaże się inny, że da mu to czego tak bardzo pragnie, potrzebuje. I dlatego trzymamy się ludzi, nie zawsze dlatego, że oni naprawdę są dobrzy dla naszego życia, ale trzymamy się ich bo boimy się puścić obraz, który sobie stworzyliśmy. Obraz mówi "jeszcze się zmieni", "jeszcze zrozumie", "jeszcze zobaczy ile dla niego zrobiłam", "jeszcze przeprosi", "jeszcze doceni", jeszcze pokaże, że moja cierpliwość miała sens. Ale niestety czyny mówią coś innego a prawda prawie zawsze mieszka bliżej czynów niż słów. Kończąc. Nie chodzi o to by nienawidzić ludzi, nie o to by stać się zimną, nie o to by nikomu nie ufać ale o to by przestać ratować cudzy obraz, kosztem siebie. Bo czasem największym aktem dojrzałości nie jest walczyć o relację za wszelką cenę. Czasem największą dojrzałością jest pozwolić komuś pokazać kim naprawdę jest i przestać poprawiać jego obraz w swojej głowie. Zatem ; POZWÓL LUDZIOM CIĘ ROZCZAROWAĆ A ZOBACZYSZ PRAWDĘ... 


piątek, 12 czerwca 2026

Nie zawsze musisz być silna...


Jak to możliwe,  że będąc osobą pełną życzliwości i empatii pozostajesz samotna? Otaczają cię ludzie, którzy cię lubią, darzą sympatią, szacunkiem, ufają ci i zawsze znajdują do ciebie drogę gdy są w potrzebie...a ty, gdy masz takową...to okazuje się, że nie bardzo wiesz do kogo mogłabyś ewentualnie zadzwonić. Cóż, okazuje się, że można być osobą powszechnie lubianą, a jednocześnie doświadczać dotkliwej samotności i nie mieć nikogo, komu pokażesz swoje lęki, słabości czy prawdziwe potrzeby. Może warto się nad tym zastanowić - dlaczego tak się dzieje? Wszystko ma jakąś swoją przyczynę. Nie szukaj "winnych" na zewnątrz...przyjrzyj się swojej postawie w relacjach. Zacznijmy od tego, że przyjaźń, bliskość rodzą się nie tylko z sympatii, lecz także z wzajemnego odsłaniania siebie, zaufania i gotowości do pokazania własnej niedoskonałości. I właśnie ta emocjonalna szczerość pomaga rozwijać bliskość z drugą osobą, pogłębiać z nią więź. Zwykle wiesz, czego potrzebują inni, dbasz o ich komfort, pomagasz ale nie otwierasz się. I sama niechętnie prosisz o pomoc, wsparcie czy zwykłą obecność.  Pomyśl tylko. Jeśli zawsze jesteś samowystarczalna, to przecież inni nie mają nawet szansy poczuć się tobie naprawdę potrzebni. Tymczasem bliskie relacje opierają się przecież na wzajemności. Czasem jedna szczera odpowiedź może przesunąć przyjaźń z poziomu uprzejmej sympatii w stronę prawdziwej bliskości. A więc nie chodzi o to by być jeszcze milszą a raczej o to by być bardziej sobą, by czasem zwyczajnie powiedzieć, czego naprawdę potrzebujesz, albo przyznać się do swojej słabości. Bo, 
kiedy pozwalasz komuś się sobą zaopiekować, to po prostu dajesz mu miejsce w swoim życiu... pozwalasz mu poczuć się potrzebnym.

środa, 10 czerwca 2026

Adopciaczka w pełni zaaklimatyzowana...


 Foto własne

Widok, jak moja dopiero co adoptowana psinka zaczyna czuć się bezpiecznie i swobodnie w nowym domu to dla mnie ogromna ulga i wielka satysfakcja. Pełna aklimatyzacja psa zwykle wymaga czasu ...mojej suni poszło to jakoś tak nad wyraz  szybko. 😄

niedziela, 7 czerwca 2026

Jesteś zbyt, jesteś za bardzo...


 "Jesteś zbyt czarno-biała"...Jesteś za bardzo zasadnicza, zbyt radykalna, mało elastyczna, bezkompromisowa... Zdarzało mi się słyszeć takie zdania... Domyślam się, że te zarzuty mówiły o tym, że coś we mnie było dla kogoś trudne, że chciałby inaczej, że chciałby żebym była inna, może bardziej podobna do niego. Wtedy czułby się przy mnie pewniej, lepiej? Zarzut ten nie wynikał z tego, że robiłam coś złego. To klasyczny konflikt między autentycznością a oczekiwaniami otoczenia. Ludzie często etykietują jako "czarno-białe" lub bezkompromisowe" takie osoby, które po prostu wiedzą, czego chcą, znają swoją wartość i nie boją się mówić "nie". Z czego wynika taki zarzut? Zarzut bycia "czarno-białą" często wynika np. z tego, że jasno wyznaczasz granice.  Osoba, która nie potrafi stawiać granic, czuje się zagubiona lub odrzucona, gdy ktoś inny robi to w sposób stanowczy. Źródłem takich zarzutów jest też czyjaś potrzeba kontroli. Łatwiej bowiem manipuluje się lub wpływa na osoby "elastyczne" /czytaj uległe/. A skoro taką nie jesteś to Twoja stałość burzy mu ten schemat. Krytyka często jest po prostu projekcją tzw "lustrzanym odbiciem". Ktoś zarzucający innej osobie brak elastyczności sam może mieć problem z określeniem własnego systemu wartości lub odczuwać dyskomfort, widząc czyjąś siłę. Dlatego osobiście zamiast traktować zarzut jako próbę wytknięcia mi wad, raczej dostrzegam w tym konkretne atuty. Moje atuty jak np. decyzyjność, transparentność intencji, asertwność, silny kręgosłup moralny, stawianie granic... są przecież moją siłą. Zatem zarzut jest bardziej problemem zarzucającego niż moim. Bo ja dobrze czuję się ze sobą, chcę być przy sobie, lubię to, kim jestem, lubię prowadzić życie według zasad, w które wierzę, nawet jeśli ktoś wolałby żeby było inaczej, żebym się naginała, dopasowywała, zgadzała itp. W moim przekonaniu tylko ludzie bez "kręgosłupa" posiadają taką "cyrkową" wręcz elastyczność. Ci którzy wybierają z poziomu wartości już tacy nie są - umieją rezygnować z tego, co wartością nie jest, nawet jeśli chwilowo to błyszczy i kusi. Myślę sobie, że my ludzie czasami zapominamy o swojej sile - płynącej z zaufania do siebie, do swojej mądrości i stania po stronie wartości, a nie zachcianek i gonienia za akceptacją. W codziennym pędzie łatwo jest zgubić kontakt ze swoim tzw, "wewnętrznym kompasem" i ulec presji otoczenia. Warto jednak pamiętać, że prawdziwa siła i spokój wynikają właśnie z autentyczności i życia w zgodzie ze sobą. Życie w zgodzie ze swoim "wewnętrznym kompasem" naprawdę daje ogromny spokój, nawet jeśli wiąże się z koniecznością odrzucenia relacji czy sytuacji, które nie są dla nas dobre...

środa, 3 czerwca 2026

Trud bycia matką...


 Co prawda kwiaty z Dnia Matki właśnie kończą więdnąć w wazonie ale pewne spostrzeżenia z tym związane ciągle jeszcze "wiercą" się w mej głowie i domagają się by przelać je na przysłowiowy "papier". Bycie matką to dożywotni stan, z którego się nie wychodzi a więc ciągle uczę się z tym żyć. Macierzyństwo to niestety maraton, a nie sprint...to proces ciągłej ewolucji, w którym każda faza rozwoju dziecka stawia zupełnie nowe wyzwania i wymaga od matki innych umiejętności. Zatem, bycia wystarczająco dobrą matką dla własnych dzieci uczyłam się i uczę na bieżąco, w praktyce. Niestety wzór matki wyniesiony przeze mnie z rodzinnego domu delikatnie ujmując nie sprawdzał mi się. Był mi tylko o tyle pomocny, że na starcie stanowczo wiedziałam jaką matką dla swoich dzieci nie chcę być.  W związku z tym, każdy etap matkowania własnym dzieciom zmuszał mnie do ustawicznego "szkolenia" się w tym "fachu" bowiem stopień trudności wzrastał wraz z nimi. Inaczej było być matką kochającego bezwarunkowo malucha, wpatrzonego we mnie jak w obraz, niż później matką zbuntowanego, pyskującego nastolatka, który czasem sprawiał wrażenie, że mnie nienawidzi. Podobnie inaczej było gdy mogłam skupić się tylko na jednym dziecku. Bo gdy już miałam trzech synów to okazało się, że była to totalnie inna bajka i wtedy dopiero dowiedziałam się pełnej prawdy o byciu matką. Bowiem nauka obsługi tej jakże zróżnicowanej trójki była nie lada wyzwaniem. Przez lata czułam jakbym była na pierwszej linii frontu / nie przesadzam/, zaczęłam nawet podejrzewać, że mam pierwsze objawy PTSD. No cóż, okazało się, że macierzyństwo to podróż pełna wyzwań, na którą nie da się przygotować z żadnego podręcznika. To swoisty survival, szkoła przetrwania, w której jako matka uczyłam się radzić sobie z zupełnie nowymi sytuacjami – od chwili urodzenia, przez żłobek, okres dojrzewania, aż po budowanie relacji z dorosłym już człowiekiem. Uczyłam się też stopniowego odpuszczania kontroli, jak być wsparciem, nie narzucając własnych ścieżek. Myślę, że to jest jedna z najtrudniejszych lekcji...jest, bo ciągle jeszcze się uczę. Bycie matką dla dorosłych i samodzielnych dzieci wcale nie okazało się łatwiejsze choć wcześniej naiwnie zakładałam, że takie będzie. Niestety i ten etap wymaga przedefiniowania mojej roli w ich życiu i wymaga ode mnie dużej dozy wyczucia. Zmusza do pogodzenia się z faktem, że już nie jestem centralnym punktem ich wszechświata a jedynie satelitą krążącym po wyznaczonej orbicie. Wiem, że taka jest kolej rzeczy ale gdzieś w głębi matczynego serca czuję żal, za utraconym... kłującą tęsknotę za tymi dziećmi, które były tylko moje. Jestem dumna z moich dzieci, kocham je bardzo, cieszę się, że udało mi się wychować ich na dobrych i porządnych ludzi. Z zadowoleniem przyglądam się jak budują swoje "gniazda" i jak dbają o swoje rodziny. Nie ukrywam, czerpię z tego osobistą satysfakcję. Przede wszystkim dlatego, że żyjąc z piętnem samotnej matki w czasach "słusznie minionych" nie było mi lekko, nikt wtedy nie spieszył się z pomocą i wsparciem. Trzeba było ciężko pracować /w moim przypadku  na półtora etatu/ by móc jakoś trwać. W związku z tym wychowanie dzieci to było tylko jedno z wielu równoległych zadań, którym trzeba było stawić czoła i podołać. Dlatego samotne wychowywanie dzieci /tzn. bez męża i bez wsparcia babć/ w tamtych czasach wymagało od kobiety siły, determinacji i hartu ducha. Nikt nas nie podziwiał... raczej czekali na to, że nie podołasz, że upadniesz, że tym samym potwierdzisz panujące powszechnie przekonanie, że kobieta bez chłopa nie daje rady. Dałam  radę, zdałam swój egzamin i stąd dziś moja satysfakcja. Nie mniej "każdy medal ma dwie strony". Zatem? Szczerze?... koszt tego wysiłku jest taki, że na dzień dzisiejszy nawet za cenę darowania mi drugiego życia, jak i przyznania mi 800+ na każde dziecko... nie chciałabym tego powtórzyć.  Dziś patrząc w przeszłość sama zastanawiam się jak to możliwe, że ogarnęłam to wszystko, że dałam radę, że się nie poddałam, że udźwignęłam wszystko co zrzucało na mnie życie. Sensownym wyjaśnieniem wydaje mi się miłość i głębokie poczucie odpowiedzialności. Bezwarunkowa miłość do dzieci była tym najsilniejszym motorem i motywacją popychającą mnie do działania... nawet w obliczu własnego wyczerpania. 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Otwarcie... a w zasadzie kontinuum

 


Awaria starego sprzętu i... szlag trafił wszystko. Zaczynam więc od nowa. Przepraszam wszystkich, którzy do mnie zaglądali ale ponieważ nie mogę dodawać nowych postów do poprzedniego bloga byłam zmuszona utworzyć nowy blog, który w zasadzie jest kontynuacją tego do którego utraciłam dostęp.  Zatem to dalej ta sama ja - Yolanthe i ten sam blog "Sznurówka" ... zmienił się tylko adres. 

Upał...

Upał to idealna wymówka, by nic nie robić i narzekać to jedyny plus jaki dostrzegam. 😄 A teraz czas na meldunek z frontu: na słońcu jest ju...