
Co prawda kwiaty z Dnia Matki właśnie kończą więdnąć w wazonie ale pewne spostrzeżenia z tym związane ciągle jeszcze "wiercą" się w mej głowie i domagają się by przelać je na przysłowiowy "papier". Bycie matką to dożywotni stan, z którego się nie wychodzi a więc ciągle uczę się z tym żyć. Macierzyństwo to niestety maraton, a nie sprint...to proces ciągłej ewolucji, w którym każda faza rozwoju dziecka stawia zupełnie nowe wyzwania i wymaga od matki innych umiejętności. Zatem, bycia wystarczająco dobrą matką dla własnych dzieci uczyłam się i uczę na bieżąco, w praktyce. Niestety wzór matki wyniesiony przeze mnie z rodzinnego domu delikatnie ujmując nie sprawdzał mi się. Był mi tylko o tyle pomocny, że na starcie stanowczo wiedziałam jaką matką dla swoich dzieci nie chcę być. W związku z tym, każdy etap matkowania własnym dzieciom zmuszał mnie do ustawicznego "szkolenia" się w tym "fachu" bowiem stopień trudności wzrastał wraz z nimi. Inaczej było być matką kochającego bezwarunkowo malucha, wpatrzonego we mnie jak w obraz, niż później matką zbuntowanego, pyskującego nastolatka, który czasem sprawiał wrażenie, że mnie nienawidzi. Podobnie inaczej było gdy mogłam skupić się tylko na jednym dziecku. Bo gdy już miałam trzech synów to okazało się, że była to totalnie inna bajka i wtedy dopiero dowiedziałam się pełnej prawdy o byciu matką. Bowiem nauka obsługi tej jakże zróżnicowanej trójki była nie lada wyzwaniem. Przez lata czułam jakbym była na pierwszej linii frontu / nie przesadzam/, zaczęłam nawet podejrzewać, że mam pierwsze objawy PTSD. No cóż, okazało się, że macierzyństwo to podróż pełna wyzwań, na którą nie da się przygotować z żadnego podręcznika. To swoisty survival, szkoła przetrwania, w której jako matka uczyłam się radzić sobie z zupełnie nowymi sytuacjami – od chwili urodzenia, przez żłobek, okres dojrzewania, aż po budowanie relacji z dorosłym już człowiekiem. Uczyłam się też stopniowego odpuszczania kontroli, jak być wsparciem, nie narzucając własnych ścieżek. Myślę, że to jest jedna z najtrudniejszych lekcji...jest, bo ciągle jeszcze się uczę. Bycie matką dla dorosłych i samodzielnych dzieci wcale nie okazało się łatwiejsze choć wcześniej naiwnie zakładałam, że takie będzie. Niestety i ten etap wymaga przedefiniowania mojej roli w ich życiu i wymaga ode mnie dużej dozy wyczucia. Zmusza do pogodzenia się z faktem, że już nie jestem centralnym punktem ich wszechświata a jedynie satelitą krążącym po wyznaczonej orbicie. Wiem, że taka jest kolej rzeczy ale gdzieś w głębi matczynego serca czuję żal, za utraconym... kłującą tęsknotę za tymi dziećmi, które były tylko moje. Jestem dumna z moich dzieci, kocham je bardzo, cieszę się, że udało mi się wychować ich na dobrych i porządnych ludzi. Z zadowoleniem przyglądam się jak budują swoje "gniazda" i jak dbają o swoje rodziny. Nie ukrywam, czerpię z tego osobistą satysfakcję. Przede wszystkim dlatego, że żyjąc z piętnem samotnej matki w czasach "słusznie minionych" nie było mi lekko, nikt wtedy nie spieszył się z pomocą i wsparciem. Trzeba było ciężko pracować /w moim przypadku na półtora etatu/ by móc jakoś trwać. W związku z tym wychowanie dzieci to było tylko jedno z wielu równoległych zadań, którym trzeba było stawić czoła i podołać. Dlatego samotne wychowywanie dzieci /tzn. bez męża i bez wsparcia babć/ w tamtych czasach wymagało od kobiety siły, determinacji i hartu ducha. Nikt nas nie podziwiał... raczej czekali na to, że nie podołasz, że upadniesz, że tym samym potwierdzisz panujące powszechnie przekonanie, że kobieta bez chłopa nie daje rady. Dałam radę, zdałam swój egzamin i stąd dziś moja satysfakcja. Nie mniej "każdy medal ma dwie strony". Zatem? Szczerze?... koszt tego wysiłku jest taki, że na dzień dzisiejszy nawet za cenę darowania mi drugiego życia, jak i przyznania mi 800+ na każde dziecko... nie chciałabym tego powtórzyć. Dziś patrząc w przeszłość sama zastanawiam się jak to możliwe, że ogarnęłam to wszystko, że dałam radę, że się nie poddałam, że udźwignęłam wszystko co zrzucało na mnie życie. Sensownym wyjaśnieniem wydaje mi się miłość i głębokie poczucie odpowiedzialności. Bezwarunkowa miłość do dzieci była tym najsilniejszym motorem i motywacją popychającą mnie do działania... nawet w obliczu własnego wyczerpania.