Z wiekiem człowiek ma skłonność do podsumowań i wniosków, które nie zawsze są takie "fajne" choćby z tego powodu, że już nauczyłaś się "oddzielać ziarno od plew" czyli to, co dobre, prawdziwe i wartościowe, od tego, co złe, fałszywe lub bezużyteczne. Na własnej skórze doświadczyłaś i wiesz, że życie potrafi mocno poturbować a ludzie okazują się niekoniecznie takimi jakimi wierzyłaś, że są. A świadomość, że włożyło się w wiele spraw i w wielu ludzi serce, czas i energię, a w zamian dostało się rozczarowanie, potrafi naprawdę przytłoczyć. Z mojej perspektywy wygląda to niestety tak, że społeczeństwo, rodzina czy system na ogół nie doceniają trudu i poświęcenia kobiet. Wykorzystują je ile się da a potem, gdy one się starzeją spycha się je na "pobocze" życia społecznego. Bo są stare, brzydkie, w zasadzie zbędne /ich termin atrakcyjności /jako takiej/ jak i przydatności prokreacyjnej i zawodowej minął/ i tylko zajmują miejsce a przecież młodzi czekają... więc wręcza się takim kobietom skromną emeryturę, jakiś badylek i tani "zegarek " w podzięce za lata ciężkiej pracy i wmawia, że teraz to mogą sobie poszaleć, cieszyć się życiem i wolnością. Naprawdę ??? Co za obłuda!!! Bo skądinąd wiadomo, że codzienne życie wielu z nich, zwłaszcza tych samotnych opiera się na dramatycznych wyborach i przysłowiowym "dokonywaniu cudów", by związać koniec z końcem. Cóż, to niezwykle gorzkie i bolesne uczucie, kiedy na późnym etapie życia dochodzi się do wniosku, że zostało się przez życie, przez konkretne osoby i cały system – oszukaną, wykorzystaną lub pozbawioną tego, na co się ciężko pracowało. Myślę, że nie jedna kobieta na tym etapie życia czuje się zwyczajnie WYROLOWANA... Moment takiej refleksji oczywiście ma swój ciężar emocjonalny, wiążący się z poczuciem żalu, straconego czasu lub zawiedzionych nadziei. Zostaje poczucie, że zainwestowana energia, miłość czy finanse zostały bezpowrotnie zmarnowane. A czasu nie da się już cofnąć. Choć przeszłości nie zmienimy, to jednak dobrze jest precyzyjne określić to, co nas spotkało, bowiem nazywanie rzeczy po imieniu zmienia nasz stosunek do tamtych wydarzeń i odbiera im destrukcyjną moc. Szczerość ze sobą, nazwanie tych bolesnych etapów z przeszłości jest kluczowym krokiem do rozliczenia i pogodzenia się z nią, do odzyskania wewnętrznego spokoju i zamknięcia trudnych rozdziałów. Owszem, przeszłości nie da się zmienić, ale rozliczywszy się z nią może łatwiej będzie skupić się na ochronie samej siebie, na szukaniu i zapewnianiu sobie spokoju w teraźniejszości, tej która nam jeszcze pozostała...
Kończąc posłużę się słowami Kasi Nosowskiej ;
"Kobieta jest organizmem ultra doskonałym. Potrafi się regenerować po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. Przetrwa wszystko"

W tym tekście najbardziej zatrzymała mnie myśl, że z wiekiem człowiek chyba coraz wyraźniej widzi, co było naprawdę ważne, a co tylko wydawało się takie w danym momencie. To ciekawe, bo młodość często każe nam się spieszyć, a dopiero później przychodzi refleksja, że nie wszystko trzeba było robić na już. Nie ze wszystkim pewnie da się cofnąć czas, ale można przynajmniej inaczej spojrzeć na to, co jeszcze przed nami.
OdpowiedzUsuń